Nazywam się Karol Krzystolik

Głosy tyszan z zaświatów

Nazywam się Karol Krzystolik. Urodziłem się w Tychach 23 września 1887 r. i tu spędziłem swoją wczesną młodość. Wraz z moją liczną rodziną mieszkaliśmy w chałupie krytej strzechą, przy Plesserstrasse 40, (później Sienkiewicza). Oczywiście dzisiaj nie ma po niej śladu. Na jej miejscu stoi sklep meblowy o takiej śmiesznej nazwie „Bodzio”, która podobno ma być zdrobnieniem od imienia Bogdan.skan_050 Mnie też zdrobniale wołano w domu: Karlik. Choć przeważnie w listach i kartkach pisano mi Carl lub lieber Carl (kochany Karol). Potem za „starej Polski” przemianowano mnie na „Karola”. Ale w domu i tak zostało po staremu: Karlik.W szkole nieźle mi szło. Przeważnie moje oceny to gut lub sehr gut. Sehr gut to z kaligrafii. Zawsze starałem się ładnie pisać. Dobry szrift pomaga zachować dyscyplinę i równowagę ducha. skan_053Czytałem w starej gazecie, że w Japonii jest to nawet dziedzina sztuki! Dobrze wycyzelowana litera jest jak piękny obraz. W piśmie odbija się charakter człowieka. Człowiek uporządkowany wewnętrznie, uczciwy, bogobojny stawia litery równo w tym samym kształcie. Tak, wystarczy spojrzeć na pismo i poznać człowieka.     A u kupca ładny szrift to odbicie rzetelności. Kiedyś pisało się prawie zawsze odręcznie, nawet na firmowych drukach.skan_057

 

Nasz familia była liczna, a przy tylu dzieciach rodzicom było ciężko. Tata pracował na browarze, a mama gospodarzyła w chałupie. Pomagaliśmy jej wszyscy. Niestety część z licznego rodzeństwa umarła. chałupa krzystolikaBrat, Józek, co za młodu fedrował na Murckach w kopalni Emmanuelssegen („Błogosławieństwo Emanuela”) pojechał do Berlina, żeby odsłużyć wojsko; dostał przydział do gwardii cesarskiej. Był rosłym i przystojnym mężczyzną i wspaniale prezentował się w paradnym mundurze. Ale to wszystko nie uchroniło go przed śmiercią już w pierwszym roku wojny państw centralnych z Ententą. Już go więcej nie zobaczyliśmy… Nie znalazł go nawet Czerwony Krzyż. Podobno spoczywa gdzieś z innymi śląskimi wojakami nad rzeką Marną we Francji. Siostra Karolina też umrze młodo na grypę „hiszpankę”, która panowała po wojnie. Było wtedy trudno o lekarstwa. Drugi brat, Bernard spoczywa do dziś w lasku katyńskim wraz z innymi „mundurowymi”. Wiadomo z czyjej ręki zginął…Niedługo po Józku i mnie powołano do wojska. Skoszarowali nas w Neuhammer am Queis (Świętoszów) i już na początku przećwiczyli zdrowo na Truppenübungplatzu (poligonie). Po paru tygodniach poza domem myślałem tylko o jednym. skan_054Jak żyje matka, ojciec, jak sobie radzą? W listach piszą ciągle, że wszystko po staremu – jakby nie chcieli mnie niczym dodatkowo martwić. Zresztą ja też piszę im tylko o ćwiczeniach i pogodzie. Na dodatek wysłali mi paczkę! Kochani rodzice!Z Tychów ciągle dostaję kartki i sam wysyłam odpowiedzi, jak tylko to możliwe. Oprócz rodziny piszą znajomi, koledzy… i drogi Pan August Stabik, mój pryncypał w sklepie na rynku. Dzięki niemu dostałem szansę zostać statecznym kupcem. Długo terminowałem u niego, jako Handlungsgehilfer (pomocnik handlowy) albo tzw. Commis, czyli subiekt, kupczyk. Ale jest wojna i na razie wszystko tkwi w zawieszeniu. Cała przyszłość.

Jak nieopanowany wir wojna światowa wciągnęła mnie w swoje objęcia na dobre i złe. Dostaję wiele kartek z Tychów przez Feldpost (poczta polowa). Mama pyta się, jak mi jest w wojsku, i pociesza, żewojna wkrótce się skończy z Bożą pomocą. Pisze tak, jak umie, po śląsku. Niemcy mówią o tej mowie z pogardą: „Wasserpolnisch”, że to niby taki „wodnisty polski” i że my, co się posługujemy tą mową, jesteśmy „Wasserpolaken”. Kiedy stało się jasne, że Prusy tracą władzę a z nimi cesarz „Wiluś”, 5 listopada w Pszczynie odbyła się konferencja, gdzie obiecano, że powstanie Polska z silną armią. A kilka lat później w tyskiej szkole pojawił się nawet język polski, jako przedmiot! I tak za niedługo, bo 6 lipca 1922 r. Tychy stały się polskie. A Wiluś abdykował i osiadł na resztę życia w Holandii.

berlin ingenieur dienstgebäude 28.02.1911 rewersOd mamy wiem, że ksiądz Kapica zorganizował spotkania dla rodzin tych, co wyjechali na front. Ja sam dostałem od niego ładnie wydrukowany list, w którym proboszcz informuje o stanie parafii i że o nas myślą. Zadziwiające, że napisał nazwę naszej wsi po polsku: Tychy, a swoje nazwisko po niemiecku. Chyba boi się reakcji miejscowych władz. Zostawiłem sobie go na pamiątkę, żeby mi przypominał, że mam do czego wracać. skan_063Trzeba czasem być bardzo daleko domu, żeby poczuć, jak jest nam bliski.Wróciłem z wojny, którą wszyscy prócz Polaków nazywają Wielką. Nie czekała żadna orkiestra, nie było powitań i gratulacji. Wyjechaliśmy na nią z obietnicą wiecznej chwały, a wracamy z żałobnym wieńcem na szyi, który złożymy na symbolicznych grobach tych, co nie wrócą z nami. We wsi niby wszystko biegnie swoim dawnym torem, ale panuje jakieś takie niewidoczne, choć wyczuwalne przygnębienie. Ludzie są zmęczeni codzienną walką o wszystko.

Poszedłem na poranną mszę do kościoła. Patrzyłem na miejsca, gdzie siedzieli znajomi tyszanie. Brakuje wielu. Pamiętam nauczycieli: Alfreda Borowietz, który siedział w trzecim rzędzie po lewej stronie, i nauczyciela Funkego. Poszli na wojnę na ochotnika. Prawie w każdej rodzinie kogoś brakuje. Żywi muszą żyć dalej swoim życiem. Niejeden po powrocie z frontu jest jak stary schorowany pies – pozbawiony zębów może tylko szczekać, ale nikt się go już nie boi; nikt w nim nie widzi dawnego dumnego brytana pilnującego kajzerowskiego Vaterlandu. Z inicjatywy księdza Kapicy w kościele zawisły tablice z nazwiskami tych, co zginęli podczas wojny i powstań.tablica z józefem krzystolikiemKto by pomyślał, że stary cesarz Wiluś się też skończy i w Tychach będzie Polska! Tylko czy to będzie dostateczne lekarstwo na nasze bolączki? Z próżnego i Salomon nie naleje… Wojna wyjałowiła nasz dusze, opróżniła kieszenie i opustoszyła pola. Do syta napełniła jedynie cmentarze krzyżami padłych w boju… [opis końca wojny].

 Marcin Zarzyna

Jeden komentarz do Nazywam się Karol Krzystolik

  1. Chodziłem do podstawówki z Krzystolikiem, to był rosły chłopak. Mieliśmy zabawę by go wywrócić, nie dało się. SP nr2 lata 1954-1955. Mieszkał rzeczywiście w gospodarstwie gdzieś pod lasem. Straciłem z nim kontakt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *